Dla znacznej części populacji reakcja na „Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy” jest niemożliwa. A przy tak dużej części publiczności mocno zakorzenionej w mitach „Gwiezdnych wojen”, oczekiwania dotyczące sequela, podobnie jak przebój kasowy w weekend otwarcia, były ogromne. Biorąc pod uwagę, że jest to pierwszy film Gwiezdnych Wojen od dekady, dla wielbicieli 38-letniej marki samo jego istnienie było satysfakcjonujące. Ale dla tych sceptycznie nastawionych do machiny promocyjnej Disneya poziom szumu i oczekiwania był zaproszeniem do porażki filmu.
Mając to na uwadze, chciałem dwa razy obejrzeć „Przebudzenie mocy” przed napisaniem tej recenzji. Za pierwszym razem, otwierające pełzanie i logo Gwiezdnych Wojen wystarczyły, by mnie zachwycić. To była emocjonalna reakcja, która trwała przez dwie godziny i 15 minut biegu. Po wysłuchaniu kilku odrębnych opinii postanowiłem obejrzeć film jeszcze raz, podczas którego intelektualna strona mojego mózgu z pewnością przejmie kontrolę i będę mógł wygłaszać celne uwagi krytyczne.
Jak się okazuje, film podobał mi się jeszcze bardziej przy drugim obejrzeniu.
„Przebudzenie mocy” to film, w którym czuć . Pędzi w niesamowitym tempie – czasami może zbyt szybko – z wystarczającą akcją i humorem, aby nadrobić swoje wady. Oprócz tego, że jest pięknie nakręcony i wykorzystuje praktyczne zestawy, największą wygraną jest wprowadzenie do serii czterech nowych głównych bohaterów, z których wszyscy są natychmiast i nieprawdopodobnie sympatyczni: Rey Daisy Ridley, Finn Johna Boyegi, Kylo Ren Adama Drivera i Poe Oscara Isaaca . Nie, nie ma wystarczającej liczby Poe, ale otrzymujemy świetny początek, miejmy nadzieję, że doprowadzi do znacznie więcej w odcinkach VIII i IX. Dynamika Reya i Finna jest wyjątkowa dla tej serii; to nie jest historia miłosna – przynajmniej nie ma na to jeszcze prawdziwych śladów – i nie więź brat-siostra, ale raczej silna, platoniczna męsko-żeńska przyjaźń zbudowana na wzajemnym szacunku. To rzadkość nie tylko w przypadku rozrywki gatunkowej, ale też w ogóle w filmie. Indywidualnie tworzą skuteczne leady. Energia Boyegi napędza każdą scenę, w której się znajduje, a Ridley doskonale przechodzi od niezaspokojonego słabszego do kwitnącego Jedi.
Adam Driver to chyba największa niespodzianka z całej czwórki. Jego rzut uniósł brwi: Ten przeklęty koleś z „Dziewczyn” będzie nowym Darthem Vaderem? Jednak to dweebiness jest w rzeczywistości fundamentalne dla skuteczności postaci. Kiedy zdejmuje hełm podczas przesłuchania Reya, twarz, którą widzisz – nie onieśmielająca, nie bliznami ani nawet szczególnie grożąca – jest dokładnie tym, czym powinna być. Wydaje się młody i wrażliwy, pasujący do początkującego, skonfliktowanego złoczyńcy. Jego napady wściekłości pasowały idealnie, ilustrując, że wciąż jest w swojej własnej podróży.
W „Przebudzeniu Mocy” jest wiele rzeczy, które są zbyt znajome, jakby miały po prostu zadowolić fanów lub podążać za udanym planem działania. (Kolejna pustynna planeta, kolejna bitwa w okopach Gwiazdy Śmierci i kolejny młody Jedi wkraczający do akcji po tym, jak mentor został zamordowany przez faceta w przerażającym hełmie?) Ale jest też pewna niezwykła powściągliwość pokazana przez scenarzystę/reżysera J.J. Abrams, pisarz Lawrence Kasdan i reszta zespołu kreatywnego. Nie widzimy Luke'a Skywalkera Marka Hamilla do samego końca, opóźniając wypłatę do odcinka VIII. Carrie Fisher sprawia, że publiczność chce więcej Leii w roli, która wydaje się niedoceniana. Spośród powracających gwiazd Han Solo Harrisona Forda ma największy reflektor, co ma wiele sensu, gdy zostaje niestety, ale pozornie nieuchronnie, zabity przez Kylo Rena.
Pomimo pragnienia Forda, aby postać została zabita w Return of the Jedi, śmierć Hana Solo nadal ma duży wpływ na Przebudzenie Mocy, głównie ze względu na to, jak zabawny jest oglądanie weterana. Ford z łatwością wciela się w tę rolę, grając zarówno śliskiego przemytnika, jak i namiętnego bohatera wojennego w swoim najbardziej pamiętnym przedstawieniu od lat. Jest tam wszystko – pilotowanie Sokoła Millenium, rozmawianie z kłopotami, spędzanie czasu z Chewbaccą i przekazywanie swojej mądrości nowej obsadzie – ponieważ „Przebudzenie mocy” to łabędzi śpiew Hana. To właściwy ruch dla tej historii (Obi-Wan Kenobi musiał umrzeć, aby podróż Luke'a nabrała kształtu), a słowa wypowiedziane w scenie przez jego krnąbrnego syna Kylo Rena dodają wagi emocjonalnej. Ale chociaż nadal nie jest to przyjemne uczucie, gdy bohater z dzieciństwa umiera gwałtowną, ostateczną śmiercią, Abrams i firma zasługują na uznanie za zrobienie tego dobrze. W filmie wyraźnie poświęconym dawaniu fanom tego, czego chcą, reżyser zapewnił moment, którego nikt „nie chciał” zobaczyć, i zapewnił, że nie będzie ponownego połączenia Luke’a, Hana i Lei w tej nowej trylogii, stwierdzając, że te filmy nie są tylko największe hity.
ZWIĄZANE Z: 10 pytań „Przebudzenia mocy”, które zadaje każdy fan „Gwiezdnych wojen”
Rzeczy, które nie wydają się właściwe, są wystarczająco łatwe do przejścia. Dużo się dzieje, a wiele ważnych chwil nie ma czasu na oddychanie. Oryginalna Gwiazda Śmierci, która wysadziła w powietrze Alderaan, była głównym punktem zwrotnym w A New Hope, świadectwem zła Imperium; nie stajesz się o wiele bardziej złowieszczy niż zniszczenie całej planety. W „Przebudzeniu mocy” Baza Starkiller wysadza w powietrze kilka planet jednocześnie i wydaje się, że jest to punkt na mapie. Następnie sam Starkiller zostaje zniszczony dość łatwo podczas tego, co jest zasadniczo odtworzeniem kulminacji z „Nowej nadziei” i „Powrotu Jedi”, co wydaje się być refleksją, biorąc pod uwagę bardziej interesującą bitwę rozgrywającą się w tym samym czasie między Rey i Kylo Ren. Film, podobnie jak publiczność, nie jest tak zainwestowany w cienką, nadrzędną fabułę, jak w soczyste momenty postaci.
Ostatecznie, o ile „Przebudzenie mocy” zapożycza z „Nowej nadziei”, ma być może tyle samo wspólnego z „Imperium kontratakuje”, (bardzo przyjemną) częścią całości, która porusza sprawy fachowo, ale nie naprawdę nie opowiada w pełni satysfakcjonującej historii.
„Przebudzenie mocy” nie jest doskonałe i to jest w porządku. Oryginalne filmy Gwiezdnych Wojen też nie są doskonałe. Ale „Przebudzenie mocy” osiąga cel, jakim jest kontynuacja spuścizny dzięki przystępnej i zaraźliwie radosnej kontynuacji. Jeśli „Gwiezdne wojny” muszą istnieć w 2015 roku, to „Przebudzenie mocy” jest dokładnie takim filmem, jakim musi być, z nowoczesną, ale pełną szacunku wrażliwością, która ujawnia się we wszystkim, od żwawych dialogów po zauważalną różnorodność głównej obsady. Zgodnie z ekumenicznymi ideałami Gwiezdnych Wojen, fakt, że trzech nowych głównych bohaterów gra biała Brytyjka, czarny Brytyjczyk i Gwatemal-Amerykanin, nie wydaje się głęboką wypowiedzią na temat tradycyjnie białego mężczyzny franczyzowa; to po prostu naturalna rzecz. To absolutnie znaczące, że nową główną bohaterką jest kobieta, ale Rey nie jest inspirująca, ekscytująca i heroiczna ze względu na swoją płeć – jest inspirująca, ekscytująca i heroiczna, ponieważ taka jest właśnie ta postać.
„Przebudzenie Mocy” to film, na który czekali fani. Dzięki szybkiemu harmonogramowi wydań Disneya do VIII odcinka Riana Johnsona pozostało niecałe półtora roku, więc teraz cykl wzniosłych oczekiwań może rozpocząć się od nowa. Bez względu na to, jak sobie radzi, wątpliwe jest, aby inny film z Gwiezdnych Wojen – czy jakikolwiek inny film, naprawdę – mógł cieszyć się napędzanym nostalgią zestawem okoliczności, które pomogły tak wielu osobom uczynić „Przebudzenie mocy” wyjątkowym. Więc ciesz się nim, póki możesz.